Pewien projekt

25 Paźdź

Pisanie akurat tej notki odkładałam od wielu lat. Jest to notka bardzo osobista, która odkrywa moje „miękkie podbrzusze” – nienawidzę tego określenia szczerze mówiąc. Czytam sobie właśnie „Żywe lalki. Powrót seksizmu” Natashy Walter i choć nie jest to pozycja ani odkrywcza ani rewelacyjnie napisana, to przypomniała mi ona o dawno odkładanych tematach. Tematach, które krążą w mojej krwi od wielu lat i choć potrafię o nich rozmawiać, to nie wiem, czy umiem o nich napisać. Bo są rzeczy, o których pisać jest trudno. Rzeczy, które nas dotyczą. Trudno się w ich przypadku ukryć za uogólnieniem, trudno nabrać powietrza w płuca i zaczerpnąć dystansu. Za to łatwo narazić się na śmieszność i krytykę, popaść w banał. Bardzo bym tego nie chciała. Chociaż nawet całkiem niezłym pisarkom się to nie udaje.

Zacznę może od anegdoty.

Anegdoty są dobre na początek notki. Anegdota jeden: Przychodzę do domu rozanielona ze świeżutko wydrukowanym programem treningowym „Nowa ty ble ble ble”. Na lodówce wisi trening biegowy, w domyśle jest joga, a ja znajduję kolejne nie mając czasu ani silnej woli do realizacji już zamierzonych. Niestety mój optymizm nacina się na sceptycyzm pani Doktor. Pani Doktor bierze do ręki kartki i czyta głośno „Niech centymetry będą miarą Twojego sukcesu…” Co za bzdura mówi ona. A ja na to, że nie, że to nowy trend jest w odchudzaniu, że już nie ważymy a mierzymy. Sceptyczne spojrzenie powoduje, że dociera do mnie, iż pewne rzeczy są dla mnie do lat niewidoczne.

Stoję za ścianą. Mieszkam w krainie, gdzie centymetry i kilogramy mają wymierny wpływ na jakość mojego życia i moje samopoczucie. Tego typu hasło nie brzmi dla mnie absurdalnie i głupio, a wręcz infantylnie, że centymetry mojego uda są miarą mojego sukcesu. Ja naprawdę wierzę w to, że obwody tudzież kilogramy (oczywiście znikające) są miarą mojego szczęścia. Podporządkowałam temu swoje  życie i trudno jest o tym nie myśleć. Jem normalnie, ale zawsze z tyłu głowy mam coś na kształt wielkiej, wściekle różowej żarówki, która mówi „NIE JEDZ TEGO!”

Anegdota dwa: Zawsze w restauracjach spotyka mnie to samo. Rzeczony je co chce. Ja kalkuluję. Nie wybieram dań z karty, ja wybieram dania z  sekcji pt. gruba czy chuda. Jestem w stanie zjeść każde paskudztwo, które wygląda na zdrowe i niskokaloryczne. Na szczęście Rzeczony dzieli się ze mną posiłkami, dokarmia i nie może zrozumieć, że ja dzielę jedzenia według tego, co miałabym ochotę zjeść oraz to co powinnam i co mogę zjeść. I tak, mimo, że kocham smak makaronu carbonarę odważyłam się zjeść miesiąc temu, pierwszy raz w życiu. Przyjacielskie kpiny z kaloryczności makaronu (jeśli właśnie odważyłam się zjeść makaron) automatycznie powodują, że zastanawiam się czy powinnam TO zjeść. Czy mogę… A może jednak sałatka? Ale jeśli nie chcę jeść sałatki, a jem makaron, który chcę zjeść, to jakie będą tego konsekwencje?

Poczucie winy towarzyszy mi dokąd zaczęłam dojrzewać. A może raczej od momentu, w którym urosły mi piersi i biodra. Byłam dobrym tematem do gimnazjalnych żartów, bo szybko zaczęłam dojrzewać. To, co podobało się chłopcom w Marylin Monroe u mnie było tematem do okrutnych kpin. Nauczyła się sobie z tym radzić. Sama zaczęłam z siebie kpić. Trudno jest przestać, jak raz się zacznie, do dziś mi się to zdarza. Ale już tak nie chcę, bo to mnie boli. Do dziś pamiętam, kiedy kolega w barze odwrócił się i powiedział do mnie (i do całej reszty): „Zwolnijcie dwa miejsca, idzie do nas Kasia”.

Od czasów gimnazjum dużo się zmieniło. Ja się zmieniłam. Polubiłam warzywa, zaczęłam jeść fajne i smaczne rzeczy, pokochałam sport i dobrze się ze sobą czuję. Ale w mojej głowie mieszka ktoś, kto widzi nie osobę, która TERAZ odbija się w lustrze, ale kogoś kim byłam wcześniej. Mimo, iż wiem, że teraz wyglądam pięknie, kwitnąco i czuję się ze sobą naprawdę dobrze, nie zmienia to faktu, że to jest to projekt długoterminowy. Projekt „lubię siebie”.

Wśród kobiet, które znam na palcach jednej ręki mogę policzyć te, które się nie odchudzały. W liceum byłyśmy w tym dobre. Potrafiłyśmy organizować sobie całe mistrzostwa dostarczania minimalnych ilości kalorii. Jogurt pianka, jabłko, pomidor, wasa. Może gorący kubek. Dieta kopenhaska. 1000 kalorii, picie soku z cytryn. Ja na przykład bardzo chciałam zostać bulimiczką. Jesz a nie jesz. Prowokowanie wymiotów to nie był problem, szło mi całkiem nieźle. Aż do momentu, kiedy zjadłam prawie pół lodówki (poszłam do sklepu dokupić majonez), a żołądek odmówił współpracy i postanowił jednak nie oddawać tego, co kryje w sobie. Płacz, ryk, histeria, standardzik, że tak powiem. Cóż, zawsze otaczały mnie wspaniałe kobiety – i tym razem uratowały mi skórę kontaktując z psychologiem. W tym całym odchudzaniu i tyciu, kiedy nagle znikała mi twarz i kości obojczyków wystawały kompletnie z mojej bluzki, najgorsze były te komentarze
i gratulacje, że tak cudownie wyglądasz, bo schudłaś. Pragnienie bulimii to był akurat efekt innych cudownych pomysłów. Miałam akurat nogę w gipsie, kiedy wpadłam na pomysł żeby zacząć się odchudzać. Była wizyta u pani (niby) dietetyk, waga do  gramów etc. oraz fachowo określone BMI. Pani zważyła mnie wraz z gipsem, jakby nigdy nic
i stwierdziła, że mam nadwagę. Dałam sobie wkręcić tę debilną diagnozę i fruuu. Do niejedzenia! Pani, była oczywiście kretynką, ale mnie nic nie było w stanie powstrzymać. Nawet matura, co tam matura. Jak się zawezmę będę Anją Rubik albo Kate Moss. Jak to było? „Nic nie smakuje tak dobrze, jak bycie chudym.”

W pewnym okresie naszego życia prawie każda z nas była na takim haju. Haj się skończył, człowiek trochę dorósł i jednak inaczej ma poustawiane priorytety. Ale ślad zostaje, we mnie został. Do czego zmierzam w tej pokrętnej, bebechowej notce? Że mówienie ludziom, iż wcale nie muszą poddawać się obecnym kanonom piękna, bo mają wolny wybór to bzdura. Współczesna kultura nie daje Ci wyboru, jeśli jesteś kobietą, a raczej niewielki. Reklamy, czasopisma, moda – to wszystko lansuje podobny model, model chudy (dobra, szczupły) i zadowolony. Ostatnio coś się rusza, bo jeszcze należałoby być fit i to nie jest złe. Ale centymetry nie mogą być miarą Twojego ani Mojego sukcesu. Są jeszcze inne pola w życiu, na których można go odnieść. Strasznie smutno mi się zrobiło, kiedy Crystal Renn, którą bardzo lubiłam schudła i to drastycznie.

Widocznie ona też nie poradziła sobie z presją, której niby nie ma. Ale  według mnie jest. To jest właśnie ta ściana, z którą każda z nas się mierzy, każda ma swoją oczywiście. Własną, jak to się mówi osobistą. I bardzo podziwiam osoby, które nie mają tego typu problemów „pierwszego świata”. Które mówią, „A co tam, pokocha mnie takim jakim jestem” czy „Ale wspaniale dziś wyglądam.” Mnie się takie momenty zdarzają, chciałabym, żeby było ze mną częściej. I nad tym właśnie pracuję. A teraz czekam na złośliwe komentarze.

Advertisements

komentarzy 8 to “Pewien projekt”

  1. Maja 25 października 2012 @ 20:13 #

    nie-złośliwie, powiem,że ja należę do tych, które nigdy nie miały problemu ze swoimi kilogramami i centymetrami; mówiłam ‚pokocha mnie jaką jestem’, teraz słyszę ‚kocham Cię jaką jesteś’ i mówię sobie ‚dobrze wyglądasz’ często, może nawet często za często. A co! :) Zadowolenia z siebie życzę. ;)

    • lady_pasztet 29 października 2012 @ 10:49 #

      :) Ściskam Maju!

  2. krowibog 26 października 2012 @ 07:34 #

    Cała ta pogoń za wyglądem, karierą i innymi pierdołami jest winą cywilizacji i szeroko rozpowszechnionych mediów wszelkiego rodzaju. Człowiek naogląda się w sieci czy telewizorni jak to inni są piękni i jacy uśmiechnięci (w związku z czym NA PEWNO są szczęśliwi), nasłucha się od znajomych znajomych i ich znajomych jak to im dobrze w pracy, jak to dobrze zarabiają (skoro dobrze zarabiają, to na pewno SĄ SZCZĘŚLIWI), a to wszystko jak dobrze wiemy to iluzja. Tak jak napisałaś Iz – tu bulimia, tu anoreksja, a na paszczy uśmiech od ucha do ucha i nakręcamy innych, bo wierzą w to, co widzą, i to im wystarczy. Stąd też wśród ludzi tyle nerwic i depresji – kiedyś mało kto leczył się z tego powodu, a wcześniej wspomniana bulimia z anoreksją były sporadycznymi przykładami. Mało kto z nas się zastanawia nad tym, czego rzeczywiście się pragnie, co nas konkretnie uszczęśliwia, czego na prawdę by się chciało – tak w oderwaniu od świata zewnętrznego, wszyscy porównujemy się do tych, o których myślimy, że mają lepiej (nie ważne czy to prawda czy nie) i się dołujemy, bo tak nie mamy. Co do boczków, bioder i ud – jeżeli mieszczą się one w ramach tego, co uznawane jest za zdrowie to niech się mieszczą i już, co tam… Jeżeli wykraczają, to trzeba się tym zająć, bo zdrowie to zdrowie i ciach. To, że ciężej jest kobietom, które nie mają kształtów, które media lansują jako idealne – no jest. Z drugiej strony warto zadać sobie pytanie czy chce się być wylaszczoną, w pracy być traktowana jako „króliczek” i zastanawiać się czy w heterozwiązkach ewentualny facet jest ze mną dlatego, że wyglądam jak wyglądam. Łi tam. To ja od razu o sensie życia, czyli jak być szczęśliwym. HELL YEAH!!! Na pewno oglądałaś „The Help”. Trzeba się samemu zindoktrynować i święcie w to wierzyć http://youtu.be/UZimx1wHYcs.

    A w ogóle boczek jest smaczny. :P

  3. Circean 2 listopada 2012 @ 22:20 #

    Ah, tak się składa że również czytałam tą książkę, „Living Dolls” w oryginale. Aby lepiej podać konkluzję: mamy wybór. Owszem. Z tym, że wybór kobiet jest pomiędzy sukcesem a porażką. Możesz „wybrać” nadwagę, własny styl, brak makijażu – jednak jeżeli to zrobisz nie licz na zainteresowanie mężczyzn, szacunek w społeczeństwie czy nawet lepszą pracę (bo jak wskazały badania przy zatrudnianiu pracowników dużą rolę odgrywa ich wygląd.) Wybierz nieatrakcyjność a czeka Cię życie w cieniu, niezależnie od Twoich osiągnięć naukowych/zawodowych et cetera. Tak więc wybór jest naprawdę porównywalny do: chcesz wygrać loterię czy nie? Każdy ze zdrowym rozsądkiem wybrałby opcję numer jeden.

    • lady_pasztet 3 listopada 2012 @ 11:31 #

      A ja myślę, że mamy wybór i możliwości manewru. Nie wszystkim wymaganiom należy się podporządkowywać, choć są i takie, które się już tak zgrały z naszym życiem, że traktujemy je jak oczywistość, a nie jak wymóg. Nie wiem, czy to jest wybór pomiędzy sukcesem a porażką, mam nadzieję, że nie do końca. A może to kwestia definicji sukcesu? A już własnego stylu pomiędzy nadwagę i brak makijażu to bym jednak nie wkładała, bo ten własny styl to jest wartość a nie wada. Brak makijażu bywa relaksujący i zapewniam, że mało kto ten brak zauważy. Co do facetów – mimo własnego stylu znajdują się właśnie tacy, których ten styl pociąga, a szacunek… szacunek to się zdobywa innymi sposobami niż idealnym makijażem i powiększonym biustem.
      Pozdrawiam!

      • Circean 7 listopada 2012 @ 08:11 #

        Nie wiem czy dobrze mnie zrozumiałaś. Mam na myśli patrzenie na osiągnięcia/ szacowanie wartości kobiet przez pryzmat tego jak wyglądają. Później stosowanie argumentu „wyboru.” Jakie wybory? Tak, masz rację – to kwestia definicji sukcesu. Mężczyzna osiąga sukces przez karierę, intelekt. Z jakiegoś powodu kobiecy „sukces” wiąże się z w dużej mierze z wyglądem. Dla przykładu, ostatnie artykuły opublikowane w USA w związku z żeńską częścią rządu przekazują ważną informację; kobiety z partii Republikanów są atrakcyjniejsze niż Demokratki. Media chętnie publikują „top 20” pań w polityce. Top 20 względem osiągnięć i wpływów? O nie. Względem wyglądu. Idiotyzm.
        Jeszcze komentarz: „własnego stylu pomiędzy brak makijażu i nadwagę bym nie wkładała, bo ten własny styl to jest wartość a nie wada.” Dlaczego nadwagę i brak makijażu uważasz za „wady” (wnioskuje z Twojej retoryki?)

      • lady_pasztet 7 listopada 2012 @ 08:34 #

        Po kolei. Jest jeszcze kilka kobiet, które zrobiły karierę dzięki intelektowi np. prof Środa, Graff, Bielik – Robson, a nie dlatego, że wyglądają jak lalki, chociaż nie zmienia to faktu, że od czasu do czasu pełnią w związku z tym rolę dyżurnej czarownicy. Także jest jakiś sposób na to, aby stanąć w szranki z facetami i robić karierę, chociaż jest to trudne. Zgadzam się, że kobiety w wielu różnych dziedzinach podlegają zarówno ocenie merytorycznej jak i bzdurnym rankingom, których się nie robi z mężczyznami pt. elegancka, seksi, najlepiej ubrana.
        Co do nadwagi – jeśli powoduje kłopoty ze zdrowiem, to uważam, że jest to wada, nie miałam na myśli 5 kg w tę czy w tę, ale poważne problemy ze zdrowiem. Brak makijażu absolutnie nie jest wadą, chodziło mi raczej o ten fragment Twojej wypowiedzi, gdzie stwierdziłaś, iż posiadanie własnego stylu skazuje „na przegraną”. Generalnie to w gruncie rzeczy się zgadzamy ;)

  4. Irena K. 7 lipca 2015 @ 06:29 #

    Nie możemy, my kobiety, poddawać się presji bycia piękną i młodą przez cały czas. To jest forma upupiania, z której większość ludzi nie zdaje sobie sprawy. A upupiajają nas: KONCERNY od mody, kosmetyków, leków, fitnesy, siłownie, solaria. To po prostu wielki biznes. Po drugie: PATRIARCHAT – odwieczny system sprawowania kontroli nad kobietami, nad ich ciałami, nad ich seksualnością – nastawioną na zadowolenie, zaspokojenie mężczyzny, kosztem własnej przyjemności. Wszystko po to, aby zdobyć jak najlepszego, bo kobieta sama nie miała prawa egzystować. Po co okaleczano np.wiązano stopy, wycinano (i nadal milionom kobiet wycinają) łecztaczki, po co każą poruszać się w niewygodnym obuwiu i utrudniającym ruchy ubraniu? Dlaczego sprawa kontroli urodzeń i przymusowego macierzyństwa rozpala do czerwoności wszystkie nieomal religie świata (dziwnym trafem rządzone wyłącznie przez mężczyzn)? Czyżby dlatego, że macierzyństwo uwiązuje kobiety w domach? Dlaczego godzimy się na odbieranie nam czasu, który mogłbyśmy przeznaczyć na przyjemności, a przymusowo spędzamy przed lustrem lub szykując nową dietę? Żądajmy więcej równości, wolności i akceptacji dla naszych wyborów dotyczących wyglądu. Argument wielu kobiet, że chodzę na szpilkach i w pełnej gali od 7 rano – bo to uwielbiam, zawsze wywołuje we mnie odruch buntu, na nieświadomość opresji, w jaką dały się wkręcić kobiety. Co nie zmienia faktu, że należy o siebie dbać, zdrowo odżywiać, ruszać się i stroić na różne, wyjątkowe okazje. Ale nie dzień w dzień, od rana do wieczora i nawet w nocy! Rywalizacja na wygląd zabija solidarność między kobietami (która ma większe powodzenie?), tak, jak byśmy nadal musiały zawisnąć na męskim ramieniu. A przecież feministki wywalczyły nam prawo do niezależności. Korzystajmy z niego, zamiast zadręczać się niezbyt idealnym wyglądem, czy fałdką na brzuchu. Tylko bunt dużej grupy kobiet,świadomych opresji młodości i urody, może coś zmienić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: