Piąteczek chmielowo refleksyjny

12 Kwi

Naprawdę się staram napisać coś mądrego, dowcipnego i na temat. Zabawnie i z morałem. Mam jednak wrażenie, że dobrnęłam do jakiegoś krańca mojej ulubionej cechy, czyli podzielności uwagi. Staram się skupić, a jednak nadal kontem oka analizuję rozkład plam na podłodze i walczę ze sobą, żeby nie pobiec po mopa. Zdolności mojego intelektu po takim tygodniu jak ten ograniczają się do „Gry o tron” oraz malowania paznokci. To drugie zresztą jest moim znienawidzonym zajęciem – lubię efekt, ale nie cierpię czynności. To lata autotresury spowodowały, że podejmuję się tego zadania. Za każdym razem mam nadzieję, że będzie dobrze, aż tu bach! Coś się zdarło/wgniotło/zamazało. Znoszę to z coraz większą pokorą. Być może to kwestia dystansu. To właśnie różni mnie od bohaterek „Girls”, które to oglądam z zaciekawieniem, ale i współczuciem. Całe to miotanie się, bezradność, niezdecydowanie, kompleksy… Trochę mam to za sobą, choć pewnie nie do końca. Nie jest to bynajmniej komedia, ale uruchamia we mnie bardzo dużo różnych refleksji, których chyba do końca nie jestem w stanie oddać na blogasku. Przypomina mi jakieś absurdalne historie, o trwających niecały miesiąc „związkach”, po których następowały dramatyczne rozstania – głównie dla mnie, ponieważ porzucono mnie gdyż boyfriend zakupił karnet na siłkę w związku z czym mógł spotykać się tylko w weekendy. Kupił mi też za małe stringi z czarnej koronki, które bez żalu oddałam przyjaciółce o mniejszym gabarycie, ponieważ od samego patrzenia na nie czułam, jak coś mi się wżyna w tyłek. Tego typu klimaty, migawki z imprez do białego rana, tańce na stołach i okolicznościowe upadki. Coś, co jest jakoś tuż za mną, ale już nie mam do tego dostępu. Coś, co na własny użytek nazywam „nie wiem, jak miało być, ale miało być inaczej”, czyli stan absolutnej bezrefleksyjności nad tym, co dalej. To się jednak skończyło, za to zaczął się większy komfort życia. Dystans, spokój i jednak jakiś luz. Większa samoświadomość i większe wymagania. Dlatego pewnie czasem wzdycham, kiedy oglądam te cztery dziewczyny, bo bliżej mi do nich niż do pozostałej czwórki z Nowego Yorku. Tutaj odnajduję więcej swojskich klimatów w tych portretach pomyłek, klęsk oraz małych zwycięstw, niż w świecie z plastyku. Choć, trzeba przyznać, że paląca fajki Carrie napawała jakąś nadzieją na brak perfekcyjności. Pamiętam, że kompletnie zbił mnie z tropu odcinek w którym Carrie idzie na sesję zdjęciową i robią jej jedną fotę, jak nonszalancko siedzi na fotelu, pali i ma widocznego kaca. Potem przez cały odcinek rozpacza durna, chociaż to właśnie jest najfajniejsze – to zdjęcie, gdzie jest ona. Nigdy tego odcinka nie skumałam. Hanna za to jest cały czas nieidealna, zagubiona, pomylona i w szortach.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: