5 książek o Afryce, o których nie macie zielonego pojęcia

31 Mar

Sto-dni_Lukas-Barfuss,images_big,15,978-83-61407-03-4

Chciałabym bardzo uporządkować swoje pisanie. Dlatego spróbuję się z cyklem, tak żeby zmusić się do poniedziałkowej aktywności. Wybieram cyfrę 5, bo zawsze lubiłam dostawać piątki. Kujonka – nie kujonka, bez perfekcyjnych zeszytów, ale wygadana. Także skorzystam z okazji i się wygadam. Będzie o fragmencie mojego życia, na którym trochę osiadł kurz. O moim zamiłowaniu do książek o kontynencie afrykańskim. Dawno nie zaglądałam w tamte strony. A jak już zajrzałam, to teraz walczę ze sobą czy pisać o tych książkach, czy to olać i tylko je czytać.

5 książek o Afryce, o których nie macie zielonego pojęcia

1. Sto dni, Lukas Barfuss, korporacja ha!art, 2010.

Kompletne szaleństwo i moja wielka miłość. Bogini niech będą dzięki za Joannę Ostrowską, która mi tę książkę podsunęła, kiedy pisałam magisterkę. Niestety nie mogłam pisać o książce Barfussa, bo to Szwajcar, a nie Polak, a pisałam o prozie polskiej. Ale Sto dni to według mnie absolutne odkrycie, chociaż nikogo z moich znajomych ta książka nie zachwyciła. Jak dla mnie jest to niezwykle przenikliwy, ironiczny, a wręcz złośliwy portret organizacji pomocowych, które zajmują się szeroko pojętym rozwojem. Barfuss atakuje dobre samopoczucie Szwajcarów opisując ich „niepisany” udział w wojnie domowej w Rwandzie. Analizuje ludobójstwo/bratobójstwo/siostrobójstwo z 1994 (sic! to już 20 lat!) z perspektywy młodego idealisty, który przybywa na „pomoc” afrykańskiej nędzy. Doskonale demaskuje pychę głównego bohatera, który czyni to wszystko z potrzeby własnego egoizmu a nie szlachetnych porywów serca. Uwielbiam w tej książce drobne złośliwości na temat organizacji pomocowych oraz ich miłości dla Rwandy, o tym, jak ołówki i radia przyczyniają się do systemowej przemocy, jak można gdzieś mieszkać i nigdy tam nie „być”. Sto dni to dla mnie studium pogardy i pychy, którą niejednokrotnie uspokajamy nasze sumienia a to angażując się za bardzo lub nie angażując się wcale. Jest tej w książce niezwykłe napięcie związane z kobietą i mężczyzną, z tym, jak młody biały chciałby sobie uczynić poddaną czarną kobietę, jak mu zależy na tym, by jej zaimponować i żeby ona mu była wdzięczna. Ciekawie się to analizuje, jak ktoś lubi zabawy z teorią postkolonialną. Polecam bardzo, bo to nie jest książka reportażowa tylko powieść o wielu wątkach, które można tropić w zależności od upodobań. Niestety, jestem osamotniona w mym zachwycie. Podobno sprzedało się 100 sztuk.

2. Królestwo potrzebuje kata, Wojciech Albiński, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, 2004.

Albiński to jakieś ukryte złoto polskiej prozy współczesnej. Nie wszystkie tomy jego opowiadań lubię równie mocno, jak ten. Zdarza mu się powtórzyć i raz jeszcze opowiedzieć coś na nowo, ale nie w Królestwie… Rzadko zdarza się, żeby ktoś był tak świetnym portrecistą zróżnicowanej, wieloaspektowej rzeczywistości, jak Albiński. Jego opowiadania to mozaika stworzona z biznesu, opowieści z dobrych domów i zapomnianych dzielnic. To historie przestępców i geodetów, sklepikarzy z Indii z prowincji RPA oraz mieszkańców Pretorii, którzy boją się wyjść po zmroku. Albiński potrafi zaczarować opowieścią z tytułu książki, gdzie o ironio – królestwo poszukuje kata, a on przedstawia casting na tego, kto będzie wypełniał wyroki sprawiedliwości. Porusza także temat Rwandy opisując mechanizmy władzy, którą sprawuje Najwyższy Rolnik. Polecam szczególnie jego mistrzowskie opowiadanie o korupcji i przebaczeniu, ale także historię „Mina” o tym, do czego mogą się przydać biali idealiści na wycieczce w „dzikiej i biednej Afryce”. Zdarza mu się koloryzować i jego opowiadania mają dziwny rytm, ale naprawdę, szczerze polecam. Taki niepolski, a polski pisarz to rzadkość!

3. Wszystko rozpada się, Chinua Achebe, Biblioteka Babel.

Książka od której zaczęło się wiele postkolonialnego hałasu, a o której cicho. Uprzedzam od razu, nie jest to proza mistrzowska, ale przyjemnie się czyta, także w oryginale. Opowieść o czas sprzed kolonizacji. O codzienności pewnej społeczności (Ibo/Igbo, ale w książce jest to raczej fikcyjne plemię) z Nigerii, która rządzi się swoimi prawami, hołduje ustalonym zwyczajom. Bohaterem jest Okwonko, który jest człowiekiem sukcesu, aż do czasu kiedy narusza tabu i zostaje skazany na wygnanie. A wtedy pojawiają się biali, z których kiedyś się śmiano, a teraz zaprowadzają swoje porządki. Niezwykle ważna książka, również dlatego, że jej autor ostro krytykuje Conradowskie „jądro ciemności” i pokazuje, jak wizja Conrada ciąży do dziś nad sposobem, w jaki Europa myśli o Nigerii i innych krajach Afryki.

4. Fioletowy hibiskus, Chimamanda Ngozi Adichie, Amber 2004.

Pisałam już kiedyś o tej książce, ale w tym zestawieniu musi pojawić się kobieta. Wybieram więc Chimamandę, bo nie mogę się od jej książki uwolnić. Od opisu zimnej, ściskającej za gardło, obleśnej i oblepiającej ciało przemocy. Bez wielkich rzezi w tle, bez wojen, gwałtów i biedy. W klasie średniej. Domek i samochód. Wiara, kościół i „Bóg jest miłością”. Tylko ta miłość za gorąca, parząca, bardzo gorzko smakuje. Wlewa się ją do gardła przemocą. To świetna książka, która pokazuje coś o czym dyskutują antropolodzy od lat – „uniwersalia kulturowe”. Polecam, bo oprócz portretu rodzinnej przemocy ta książka pokazuje również siłę i obudzoną chęć kontroli nad własnym życiem.

5. Chwila przed zmierzchem, Marcin Kydryński, Prószyński i Ska, 1995.

Nie chce mi się rozpisywać – jestem wdzięczna Kydryńskiemu za tę książkę, nie tylko z okazji chwilowej sławy na pudelek.pl, ale dlatego, że ona pokazuje język oraz sposób myślenia, którego już nie ma. Można sarkać i się żalić na polityczną poprawność, ale to co on wyczynia w tej książce przekona niejednego, że może lepiej powiedzieć za mało niż za dużo. To jest skansen kolonizatorskich stereotypów, mizoginii oraz bucerstwa w najczystszej postaci. Enjoy!

 

Tyle się napisałam, że mam szczerą nadzieję, iż ktoś łaskawie sięgnie po chociaż jedno z wymienionych dzieł.

Advertisements

komentarze 4 to “5 książek o Afryce, o których nie macie zielonego pojęcia”

  1. fronesis 31 marca 2014 @ 20:10 #

    A pamiętaj o http://www.karakter.pl/autorzy/binyavanga-wainaina, przełożone przez mojego osobistego szwagra, książka genialna, co ciekawe wydawnictwo wtopiło koncertowo, bo na okładce jest most w Bamako, co od razu rozpoznałem po charakterystycznej sylwetce banku w tle. W książce Mali ani razu się nie pojawia jako miejsce czy nawet punkt odniesienia. A akcja głównie jest w Nairobi i w RPA czyli tysiące kilometrów od Bamako. Super wtopa wydawnictwa, zważywszy, z e to Wainana napisał słynne „Jak pisać o Afryce”.

    • lady_pasztet 31 marca 2014 @ 20:15 #

      Dzięki wielkie, sięgnę na pewno, a historyjka znakomita – Afryka to Afryka, jeden pies, co tam Mali, co tam RPA… Przecież to jedno państow, co nie? ;)

    • Blondynka z Krainy Teczy 13 kwietnia 2014 @ 18:49 #

      No i miał rację ;-) sądząc po zdjęciu!

    • wyprawyrpa 19 kwietnia 2014 @ 08:40 #

      Wydaje mi się że większość czytelników nie wie gdzie jest most Bamako. Jeśli ludzie interesją się tematem, książkę kupią. Ważne żeby okładka była estetyczna. Pamiętaj, że zainteresowanie Afryką w Polsce nie jest aż tak wielkie. Ludzie mają swoje problemy i Afrykę odkładają na drugi plan. To tylko my, miłośnicy Afryki, poszukujemy nowych wiadomości. Dla przeciętnego Polaka jest to nudny temat.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: